DWADZIEŚCIA LAT DORADCY

środa, 21 listopad 2012 17:09

NA MARGINESIE - Listopad 2012

Napisał

 

Wygląda na to, że implementacja dyrektywy obronnej do Prawa zamówień publicznych stała się faktem. Prezydent ustawę nowelizacyjną podpisał i zapewne w marcu przyszłego roku jej przepisy staną się obowiązujące. Myślę, że to dobrze, ponieważ tym sposobem uporządkowany został kolejny, niezwykle ważny segment rynku zamówień publicznych, na który każdego roku trafia bardzo dużo pieniędzy budżetowych. Dobrze też dlatego, że zapewne unikniemy w ten sposób konsekwencji niewdrożenia dyrektywy w terminie, a dokładnie – płacenia 70 tys. euro za każdy dzień zwłoki w jej wdrożeniu. Jak by nie było, dni tych już nazbierało się sporo, a kto jest ciekawy, jak to się przekłada na euro, niech sobie policzy. Ja policzyłem, ale na wszelki wypadek nie podam, co mi wyszło, żeby ktoś nie powiedział, że znów się czepiam.

Nie to jednakże w tej chwili jest najważniejsze. Dużo ważniejsze jest pytanie, co to wdrożenie oznacza. Przede wszystkim dla zamawiających, czyli głównie polskich Sił Zbrojnych, ale także dla polskiego przemysłu obronnego. Zapytany o to przedstawiciel Ministerstwa Obrony Narodowej niespecjalnie dużo miał do powiedzenia, szczęśliwie dużo więcej i ciekawiej mówili przedstawiciele producentów uzbrojenia i sprzętu obronnego. Generalnie nowej sytuacji się nie boją, chociaż mają świadomość, że lekko nie będzie. Nie będzie, bo reguły gry na zbrojeniowym rynku istotnie się zmienią, głównie dlatego, że będzie on dużo bardziej otwarty, a zatem dużo bardziej konkurencyjny. Ile polskich firm zbrojeniowych temu wyzwaniu sprosta, to już zupełnie inna sprawa i myślę, że całkiem niemało spośród nich ma się czego bać. Pewną nadzieję dają wprawdzie wyłączenia obowiązku stosowania przepisów ustawy przy realizacji niektórych zamówień obronnych, ale ponieważ odnoszące się do nich normy nie zostały zbyt fortunnie zapisane, nadzieje mogą okazać się płonne.

Przy okazji może warto też sobie przypomnieć, jak było po zniesieniu preferencji krajowych i pełnym otwarciu polskiego rynku zamówień publicznych. Choć nie zachodzi tu prosta analogia, dobrze pamiętam prowadzone wówczas dyskusje. Wieszczono totalny najazd na polski rynek firm z krajów unijnych, liczne bankructwa etc. I co się okazało? Najazdu nie było, upadłości firm też, a jeśli już, to nie z powodu zniesienia preferencji krajowych. Wprawdzie sprzedawanie bądź kupowanie rakiet czy karabinów maszynowych to nie to samo, co handlowanie pralkami i odkurzaczami, ale przecież reguły gry rynkowej przy każdym z tych asortymentów są takie same. Jeden z dzisiejszych rozmówców Doradcy powiedział, że decyduje jakość oraz cena i z pewnością wiedział, co mówi.

A tak na marginesie – można odnieść wrażenie, że zarówno zamawiający, jak i producenci sprzętu obronnego nie do końca są gotowi na sytuację, którą przynosi wdrożenie dyrektywy obronnej. Trochę to dziwi, bo w Zielonej Księdze „Zamówienia publiczne w Unii Europejskiej. W poszukiwaniu rozwiązań”, zatwierdzonej przez Komisję Europejską w listopadzie 1997 r., czytamy, że Komisja oczekuje zwiększenia konkurencji w sektorze obronnym. „Skutkiem tego będą nie tylko bezpośrednie oszczędności, ale także bardziej wydajna ekonomicznie gospodarka, wynikająca z dłuższych serii produkcyjnych, i ostatecznie bardziej konkurencyjny europejski przemysł obronny.” Wszystko więc już wówczas było jasne. Wiadome było, iż wcześniej czy później polski rynek zbrojeniowy będzie musiał się otworzyć i że przyjdzie się zmierzyć z ostrą konkurencją firm, działających w tej branży na rynkach europejskich. Był też czas, aby w miarę istniejących możliwości, do sytuacji takiej się przygotować.

Oczywiście każde państwo ma święte prawo w sprawach dotyczących jego żywotnych interesów prowadzić uwzględniającą je politykę. Także w odniesieniu do własnego przemysłu zbrojeniowego oraz zakupów uzbrojenia na potrzeby własnej armii. Pozwalają na to przepisy dyrektywy obronnej. Nie mogą one jednak być nadużywane.  Pamiętajmy, że jako państwo jesteśmy członkiem większej całości, uczestniczymy w europejskich sojuszach, a nasz rynek, także zbrojeniowy, jest częścią rynku europejskiego. Dlatego też marnym pomysłem byłoby „ciche” stosowanie preferencji krajowych bądź nieuprawnione wyprowadzanie ze znowelizowanych przepisów rozwiązań promujących krajowe firmy. Trudno się nie zgodzić z twierdzeniem, iż protekcjonizm i brak konkurencji, a także brak transparentnych reguł udzielania zamówień w sektorze obronności i bezpieczeństwa prowadzi do wykształcania się patologicznych praktyk.

Nic dodać, nic ująć. Przyjmijmy więc dyrektywę obronną oraz przepisy implementowane z niej do Prawa zamówień publicznych ze zrozumieniem oraz w przekonaniu, że per saldo dobrze służyć będą i polskim Siłom Zbrojnym, i polskim producentom sprzętu obronnego.

Tomasz Czajkowski

Prawnik, absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu im. Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie.

Z systemem zamówień publicznych związany od początku jego istnienia.

W latach 1995 - 1997 jako Wiceprezes UZP współorganizator nowopowstającego Urzędu Zamówień Publicznych oraz współtwórca podstaw polskiego systemu zamówień publicznych.

Inicjator powstania i autor pomysłu miesięcznika „Zamówienia Publiczne Doradca”, a następnie w latach 1998 - 2001 jego redaktor naczelny.

Autor oraz kierownik pierwszego kompleksowego ankietowego badania polskiego systemu zamówień publicznych, zakończonego opracowaniem raportu pt. „Zamówienia publiczne - prawo i praktyka".

W latach 2001 - 2008 r. Prezes Urzędu Zamówień Publicznych.

W 2004 r. inicjator uchwalenia ustawy Prawo zamówień publicznych, współautor jej projektu, wydanych do niej aktów wykonawczych, a także przeprowadzanych w latach 2005 - 2006 nowelizacji.

Autor wielu artykułów, programów szkoleniowych oraz wykładowca podczas kursów i seminariów dotyczących zamówień publicznych.

Redaktor i współautor wydanego przez UZP Komentarza do ustawy - Prawo zamówień publicznych.

„Za inicjatywę i przeprowadzenie kodyfikacji prawa dotyczącego zamówień publicznych w Polsce” w roku 2005 otrzymał honorową nagrodę „Publicus”.